29 marca 2014

Leon Leyson – chłopiec z listy Schindlera

Otwarcie książki. Prolog. Pierwszy wiersz, drugi, trzeci i następny i już wiem, że nie będę obiektywna, bo już po tych kilku zdaniach jestem pewna, że zakup tej książki był najlepszą decyzją. Czasami potrzeba nam aż kilkudziesięciu stron, żeby przekonać się do książki i historii w niej opowiedzianej. A tutaj wystarczyło tak niewiele, a zarazem wiele.
 
„MUSZĘ PRZYZNAĆ, ŻE TEGO DNIA MIAŁEM spocone dłonie i czułem niepokój w brzuchu, gdy czekałem w kolejce. Cierpliwie, ale nie bez obawy. Miałem uścisnąć dłoń człowieka, który tyle razy uratował mi życie. Ale było to tak dawno… Nie miałem nawet pewności, czy mnie rozpozna.” [s. 9]
„Nie nadawałem się raczej na ocalenie z Holocaustu. Przeciw mnie przemawiało wiele rzeczy, a za mną – prawie nic. Było jednak coś, co przeważyło wszystko inne: Oskar Schindler uważał, że wart jestem ocalenia, nawet za cenę jego osobistego ryzyka. Teraz przyszedł czas, bym to ja zrobił coś dla niego – bym opowiedział o Oskarze Schindlerze takim, jakiego go znałem. Mam nadzieję, że pamięć o nim stanie się częścią i Waszej pamięci, tak jak mojej. Jest to historia mojego życia splecionego z jego życiem. Tak więc chciałbym Wam przedstawić moją rodzinę – oni również ryzykowali życie, bym ocalał. Nawet w najgorszych czasach dawali mi odczuć, że mnie kochają i zależy im na moim życiu. W moich oczach także są bohaterami.” [s. 11-12]

 
Historia chłopca z listy Schindlera jest napisana w niezwykły sposób. Słowa stają się obrazami i można odnieść wrażenie, że stoimy obok i obserwujemy całą sytuację, że podążamy za Leonem. A nawet widzimy świat jego oczami. Świat chwilę przed wojną, w czasie wojny i po wojnie.
Beztroskie życie dla Leona kończy się dość szybko: Życie wydawało się nam jedną wielką beztroską majówką. Tak więc najstraszniejsze bajki nie przygotowały mnie na spotkanie z faktycznymi potwornościami, jakie mnie dotknęły już parę lat później – z walką o przeżycie, ale i z bohaterem, który pojawił się w przebraniu bestii. Pierwsze lata mojego życia nie zapowiadały niczego takiego. [s. 15] Trudno nam wyobrazić sobie co musi czuć dziecko w obliczu wojny, skoro dorosły człowiek odczuwa paraliżujący strach i niemoc, a co dopiero dziecko.
Leon opisuje w książce swoje rodzinne strony. Urodził się w Narewce, wsi w północno-wschodniej Polsce. Jest Żydem, a jego dokładne imię i nazwisko brzmi Lejb Lejzon. O swojej narodowości, podejściu Polaków i Niemców do Żydów pisze z własnego doświadczenia. Bycie Żydem nie znaczyło tyle samo co być Polakiem czy Niemcem, bycie nim wiązało się ze wszystkim, tylko nie z przywilejami. Trudno pojąc coś, co jest niepojęte i nie ma podstaw. Urodzenie się taką a nie inną osobą, oznacza tak wiele lub tak mało i może decydować o byciu lub nie-byciu.
Tej historii, historii Leona nie można nic zarzucić. Jest to spotkanie z człowiekiem, który przeżył Holocaust, który był świadkiem bestialstwa, pogardy, nienawiści, który pisze wprost, co myślał wówczas i co myślał już jako dorosły człowiek wyswobodzony z rąk nazistów. Podoba mi się sposób, w jaki opowiada o swoich przeżyciach i ta jego szczerość. A czasami zdarzało mu się zawstydzić mnie zachowaniem ‘Polaków-chrześcijan’, którym daleko do tego drugiego, co nie znaczy, że wszyscy byli antysemitami. Natomiast obraz Schindlera w książce nie zaskoczył mnie. Z pewnością wielu ludzi zawdzięczało mu życie, między innymi Leon i jego rodzina. A czy jest to obiektywny obraz? Trudno powiedzieć, ale z pewnością jest to dowód na to, że nawet w czasie wojny można było spotkać się z dobrym słowem, zrozumieniem i pomocą, nawet z tak nieoczekiwanej strony.  
Chłopiec z listy Schindlera” był strzałem w dziesiątkę. Po pierwsze prawdziwa historia – bardzo cenię sobie literaturę faktu oraz wspomnienia osób, które przeżyły II wojnę światową, po drugie prosty, przejrzysty język, po trzecie czyta się szybko i można stracić przy tej książce poczucie czasu, co jest dla mnie wyznacznikiem tego, że książka jest ciekawa i godna polecenia. Dlatego też polecam ją Wam, oczywiście, jeśli tylko interesuje Was taka tematyka.  
Moja ocena: 10/10

22 marca 2014

Trylogia "Pięćdziesiąt odcieni" - E. L. James

‘Bestseller’, ‘hit’, ‘porno dla mamusiek’, ‘dno’, ‘gniot’ – to tylko niektóre określenia na trylogię James. Słusznie, niesłusznie? Powiem tak, każdy ma prawo do swojego zdania, pod warunkiem, że ktoś przeczytał książkę od A do Z, czy jak kto woli – od deski do deski. Oczywiście jeśli ktoś odpadł w przedbiegach, to mówi się trudno ;) Zdarza się, ale jeśli nadal twierdzi, że może wypowiadać się o książce tej czy innej, to chyba czegoś nie rozumiem, bo ja piszę o tych książkach, które przeczytałam i nawet przez myśl nie przeszłoby mi pisać o czymś, czego nie skończyłam czytać. (Koniec uszczypliwości.)
 
Recenzji nie będzie tym razem, bo już ukazało się ich zbyt wiele. A poza tym nie wiem, czy moja recenzja wpisałaby się w znaczenie ‘recenzji’. I pewnie każdy już wie, co wydarzy się. Dlatego będzie opinia,  subiektywna, żeby nie było wątpliwości.  
Trylogia z pewnością nie jest dla każdego. Jeśli ktoś ma wysublimowany gust czy wygórowane oczekiwania, to odradzam, bo może to się źle skończyć!

 
Moje pierwsze spotkanie z książką miało miejsce w ubiegłym roku. Pamiętam, że mieliśmy zjazd. Jakiś wykład, chyba musiał być potwornie nudny, bo koleżanka wyjęła książkę – „Pięćdziesiąt twarzy Greya”.  Usłyszałam, że jest ciekawa i dużo się w niej dzieje. Pomyślałam, że może i warto przeczytać. Na kolejnym zjeździe zauważyłam, że i inne osoby mają Greya. Potem zauważałam go częściej: w sklepach, w księgarniach, w pociągu, w autobusach, na ulicy. Dosłownie wszędzie. I uznałam, że coś w tym musi być, skoro wielu się zaczytuje w tej trylogii.
Trylogia „Pięćdziesiąt odcieni” to dla mnie powieść erotyczna. Rzadko mam do czynienia z taką odmianą literatury. Pewnie gdyby nie zamieszanie wokół niej, to nawet nie sięgnęłabym po Greya, ale właśnie na tym polega magia marketingu. Niepojęta. Nie zrozumcie mnie źle, nie twierdzę, że książka jest przereklamowana. Takie czasy, wielu pisarzy, wiele tekstów, pomysłów, wydawnictw i tylko rozgłos może pomóc książce wybić się i przy okazji obić się o uszy ‘molom’ i ‘nie-molom’.
Nie żałuję przygody z Greyem. Chociaż początki były trudne. Słownictwo niewyszukane. A historia w pewnym sensie przytłaczająca, bo balansuje na cienkiej linie smaku. Jeśli chodzi o stronę techniczną, irytował mnie język. Był wulgarny, ale jestem w stanie to strawić. Wydaje mi się jednak, że dobór słów był niewłaściwy. I zastanawiam się, czy to wina tłumacza, który nieumiejętnie dobierał słowa, a pamiętajmy, że przekleństwa w naszym ojczystym języku są wyjątkowo ekspresywne, w przeciwieństwie do angielskich, czy może celowy zabieg autorki. Razić mogą również liczne powtórzenia, a przynajmniej było tak w moim przypadku. W przypadku treści i pomysłu na historię nie widzę nic niewłaściwego. Może tylko postać Anastazji – kobiety, dającej sobą kierować – może budzić pewne zastrzeżenia.
Ogólnie rzecz biorąc nie żałuję, że przeczytałam „Pięćdziesiąt twarzy Greya”, co więcej przeczytałam też „Ciemniejszą stronę Greya” i „Nowe oblicze Greya”. I czytało się szybko, a z każdą kolejną stroną chciało się więcej i więcej. (Druga i trzecia część były moim zdaniem dużo ciekawsze od pierwszej.) To prawda, książka nie jest ambitna, a ten zarzut wobec niej padał dość często. I pytam się, kto spodziewał się, że literatura erotyczna będzie ambitna? No kto? No właśnie, bo erotyki nie będą nigdy ambitne. To specyficzny rodzaj literatury, więc trudno oczekiwać czegoś na miarę Szekspira. Bo ja uważam, że jak ktoś już chce przeczytać i przekonać się, jaka jest ta trylogia, to musi mieć na uwadze, że nie będzie miał do czynienia z typową historią miłosną… Jak czytać, to dla przyjemności, relaksu.
Ta długodystansowa historia przemówiła do mnie. Odpoczęłam i świetnie się bawiłam. A gdybym miała podać chociaż jeden powód dla którego warto przeczytać trylogię, to go podam, a nawet trzy: złożony charakter głównego bohatera – pod względem psychologicznym bardzo ciekawy przypadek; zwrócenie uwagi na ciemniejszą stronę życia człowieka, na tęsknotę za silnym mężczyzną, który wie jak się zachować, wie jak uszczęśliwić kobietę, który zrobi wszystko, żeby ją zdobyć, który zawalczy o nią – utopia? – być może, ale pomarzyć można; ukazanie tego, jak doświadczenia kształtują osobowość dziecka i jak wpływają na jego przyszłość
Trylogii James bronić nie zamierzam, mieszać z błotem, jak wielu zrobiło to dla zasady, również nie. Każdy wie, co dla niego jest najlepsze i czy przeczyta trylogię, czy nie. Dla niektórych to może być strata czasu, dla innych odskocznia od codzienności, chęć zmiany gatunku.
Czytaliście? Nie czytaliście? Zamierzacie, a może uważacie to nadzwyczajnie za stratę czasu?
Jeśli dotrwaliscie do tych słów, podzielcie się proszę swoją opinią :)

16 marca 2014

Ślub - Nicholas Sparks

Ślub” to kontynuacja powieści „Pamiętnik”, której nie przeczytałam, ale za to widziałam jej ekranizację. Najbezpieczniej byłoby zacząć od początku, aby poznać całą historię od podszewki. Tym razem zrobiłam jednak inaczej.
 
Historia zaczyna się od rocznicy ślubu, o której zapomniał Wilson Lewis, człowiek z dużym poczuciem obowiązku, prawnik, ojciec Anny, Josepha i Leslie. Z ogromnym zaangażowaniem Wilson poświęca się pracy, aby zapewnić swojej rodzinie byt, aby nie brakowało jego żonie i ich dzieciom niczego, zapominając jednak, że przede wszystkim jest mężem i ojcem. Praca coraz bardziej przysłania mu inne aspekty życia, jak życie rodzinne. Dopiero gdy zapomina o 29. rocznicy ślubu postanawia się zrehabilitować i odzyskać miłość żony. A to nie będzie takie proste, zwłaszcza, że typem romantyka to nigdy on nie był. Czy uda mu się znaleźć złoty środek i nadrobi utracone lata? Czy ślub córki będzie dobrą okazją, aby zbliżyć się do rodziny?

 
Z początku historia Lewisa i jego rodziny nie zainteresowała mnie na tyle, by zapomnieć o bożym świecie. Miałam wrażenie, że ta książka do mnie nie przemawia, że zupełnie nie spełnia moich oczekiwań, że nie dzieje się nic, co by wzbudziło moją ciekawość, ale czytałam dalej i dobrze, że nie zrezygnowałam (a rzadko to robię). Tego jak zakończy się ta powieść nie sposób przewidzieć. Ta aura tajemniczości, zabiegi Wilsona o względy Jane sprawiają, że wszystko, co było przed – zniechęcenie – idą w niepamięć. Sparks zaskoczył mnie takim obrotem sprawy. Pewnie nikogo nie zdziwi, że to kolejna historia o miłości, o tym, że łatwo ją stracić. A powiedzenie, że nie doceniamy tego, co mamy, jest jak najbardziej trafne. Miłość to nie przedmiot, to uczucie, które trzeba pielęgnować, podsycać żar, aby płomień nie zgasł.
Ślub” jest idealnym przykładem na to, że można zakochać się po raz drugi w tej samej osobie, że można zmienić się dla drugiej osoby, i że trzeba walczyć o wspólne szczęście.
Moje ocena: 7/10

15 marca 2014

Od pierwszego wejrzenia - Nicholas Sparks

Od pierwszego wejrzenia można zakochać się. Pierwsze wejrzenie jest zazwyczaj decydujące, niezapomniane, silne, piorunujące albo obezwładniające. Gdy pierwszy raz zobaczymy jakąś bluzkę, to nie możemy się jej oprzeć i zazwyczaj kupujemy ją. Gdy spotykamy nieznaną nam osobę, to również po pierwszym wejrzeniu jesteśmy w stanie stwierdzić, czy z tą osobą będzie nam dobrze rozmawiało się. Ta powieść również nie pozwoli o sobie zapomnieć. To będzie nadzwyczajne spotkanie.  
 
Dla miłości człowiek gotów jest poświęcić wszystko. Jeremy Marsh porzuca prestiżową pracę dziennikarską w Nowym Jorku i przenosi się z tętniącego życiem miasta do Boone Creek, niewielkiej miejscowości w Karolinie Południowej. Wraz ze swoją ukochaną, prześliczną bibliotekarką Lexie Darnell, zamieszkuje w starym domu. W otoczeniu przyrody zakochani przygotowują się do ślubu i narodzin dziecka. Ale czy Lexie na pewno była wierna narzeczonemu? Jeremy otrzymuje maile sugerujące, że nie powinien poczuwać się do ojcostwa. Czyżby Rodney Hopper, zastępca szeryfa, dawny przyjaciel Lexie, był kimś więcej niż dobrym znajomym? Zazdrość nie jest dobrym doradcą, a w Boone Creek plotki szybko się rozchodzą...” [źródło: okładka]
 
 
 
Od pierwszego wejrzenia” to ponowne spotkanie z bohaterami „Prawdziwego cudu”, o czym możemy wyczytać z okładki. W przypadku tej książki uważam, że lepiej jest przeczytać „Prawdziwy cud” w pierwszej kolejności, a dopiero potem sięgnąć po tę książkę. Powieść ta jest niezwykle tajemnicza, i to nie tylko z powodu wątku paranormalnego, który pojawił się już w pierwszej części, ale również dlatego, że ktoś podważa, jakoby Jeremy był ojcem dziecka, którego spodziewa się Lexie. A ponadto okazuje się, że Jeremy nie może mieć dzieci, przez co rozpadł się jego pierwszy związek.
Czy można pokonać strach? Przestać się lękać? Brać życie takim, jakim jest?
Autor buduje napięcie, które nas – czytelników – zachęca do dalszego zaznajamiania się z tą historią. „Od pierwszego wejrzenia” nie kończy się tak, jak byśmy tego oczekiwali. Jest to piękna, ale zarazem smutna historia. Kiedy rodzi się nowe życie, czujemy ogromną radość, płaczemy ze szczęścia. A gdy ktoś umiera, czujemy smutek, pustkę i też płaczemy, tylko że z innego powodu.
Moja ocena: 8/10
 

6 marca 2014

Marzec - nowości książkowe

Na mojej półce pojawiły się dwie nowe książki z wyprzedaży:
"Chłopiec z listy Schindlera" i "Trzy kobiety w dobie ciemności
Bardzo cieszę się z tego zakupu.
I chociaż powtarzam sobie, że już ŻADNEJ ksiązki nie kupię,
to i tak znajdzie się dobry powód, aby jakąś zamówić. Znacie to? 
W moim przypadku to niska cena i tematyka.
Tylko życzyłabym sobie więcej czasu.
Czasu na czytanie.
 
 
 

1 marca 2014

Jack Strong

Kilka dni temu wybrałam się z narzeczonym do kina. Jeśli chodzi o repertuar, to wybór był niezwykle trudny, zwłaszcza że było w czym wybierać, ale ostatecznie zdecydowaliśmy się na „Jack Strong”. Nie żałujemy. „Jack Strong” to thriller, film szpiegowski, opowiadający historię Ryszarda Kuklińskiego. 

fot. filmweb.pl
gatunek: thriller / rok: 2014 / czas: 2 h 7 min. / reż: W. Pasikowski
 
Już zdążyłam się przekonać, że nie dla wszystkich Ryszard Kukliński był ważną postacią, czy bohaterem. Dla wielu to zdrajca, bo jak nazwać kogoś, kto złamał wojskową przysięgę i przekazywał ściśle tajne informacje amerykańskiemu wywiadowi? A ja postanowiłam się zdystansować, i nie będę twierdziła uparcie, że był taki, czy owaki. Żyjemy w zupełnie innych czasach, i z pewnością nie są to czasy komunistyczne, gdzie żołnierze i wysocy rangą musieli odpowiadać przed Związkiem Radzieckim. Każdemu łatwo się mówi, dopóki sam nie znajdzie się w sytuacji trudnej, a może i bez wyjścia. To czy groźba trzeciej wojny światowej była realna, czy polska była zagrożona jest nadal kwestią sporną i niewyjaśnioną, ale załóżmy, że pułkownik Kukliński wybrał mniejsze zło. Bo czy słuszne było, że Polacy walczyli przeciwko Polakom?     
 
Jack Strong” na nowo rozgrzewa dyskusję o Ryszardzie Kuklińskim. Z pewnością to dobry materiał na film, bo oparty na faktach, ale „Jack…” to nie tylko historia człowieka postawionego przed wyborem, ale również thriller szpiegowski, wobec którego nie sposób przejść obojętnie. Już na samym początku filmu staniemy oko w oko z brutalną sceną. Zdrajców nie pozostawia się samym sobie, ich się eliminuje. To zapowiedź tego, co może się stać z każdym, kto będzie miał inne zdanie, inne przekonania, kto będzie chciał być wolny, niezależny i kto sprzeciwi się bądź zdradzi Związek Radziecki. Film trzyma w napięciu do ostatnich minut, a wychodząc z seansu uznałam, że muszę zgłębić swoją wiedzę na temat osoby pułkownika, by przekonać się, na ile „Jack Strong” odzwierciedla życie Ryszarda Kuklińskiego.  
Widzieliście? Jak oceniacie film?
Moja ocena: 5/5