27 grudnia 2013

Ostatnia piosenka - Nicholas Sparks

Święta dobiegły końca. Mam nadzieje, że minęły Wam miło. Ja znalazłam trochę więcej czasu na zaczytanie się, z czego bardzo się cieszę i stąd poniższa „recenzja”.



Żałuję, że najpierw obejrzałam ekranizację powieści „Ostatnia piosenka” a dopiero potem sięgnęłam po książkę. Niemniej jednak, książka nie zawiodła moich oczekiwań. Z filmem łączy ją przede wszystkim historia. Książka natomiast jest, moim zdaniem, ciekawsza, bo bogatsza o to, czego nie pokazano w filmie. I chociaż czytając „Ostatnią piosenkę” miałam przed oczami aktorów odgrywających postaci Ronnie czy Willa, mogłam oczami wyobraźni zobaczyć te miejsca i sytuacje, których próżno szukać na ekranie.

Dla wielu z Was historia Ronnie będzie znana, bo albo czytaliście powieść, albo oglądaliście ekranizację. I wiecie jak wszystko zaczęło się, dlatego chciałabym tylko w kilku zdaniach streścić fabułę.
Ronnie to młoda, siedemnastoletnia dziewczyna, która ma spędzić wakacje z ojcem, do którego nie odzywała się przez trzy lata. Ich relacje rozluźniły się przez rozwód rodziców, o który to właśnie Ronnie obwinia Steve’a. Nie będąc świadoma, że jego odejście było wynikiem zdrady matki Ronnie. Ronnie wraz z bratem wyjeżdżają do miasteczka w Północnej Karolinie. Wszystko wskazuje na to, że wakacje będą nudne i przewidywalne, ale okazują się wyjątkowe, przez nowe znajomości Ronnie oraz chorobę ojca.
Muszę przyznać, ze z ogromnym trudem czytało mi się książkę od momentu, gdy Steve poczuł się gorzej w obecności Ronnie i trafił tym samym do szpitala. To smutna historia, ale jednocześnie tak prawdziwa, że porusza do samego końca. Steve mierzy się z rakiem, a na jego wyleczenie nie ma nadziei, Ronnie i jej brat z kolei muszą zmierzyć się z rzeczywistością i ogromną stratą. Ta historia mogłaby być historią każdego, może dlatego jest tak poruszająca.
 
Ostatnia piosenka” to nie tylko opowieść o rozstaniu i stracie, to także opowieść o pierwszej miłości, trudnej relacji między rodzicami a ich dziećmi, o dorastaniu i drugiej szansie. Historia Ronnie jest bardzo pouczająca. Z każdym rozdziałem możemy zaobserwować zmianę w zachowaniu Ronnie i jej podejściu do życia. Często zapominamy o tym, co jest najważniejsze w życiu, o podtrzymywaniu relacji z bliskimi, zapominamy o tym, żeby mówić to, co czujemy, żeby okazywać sobie szacunek, miłość i zrozumienie. To trudne i widać to na przykładzie tej powieści, ale przecież wykonalne.  

24 grudnia 2013

Wesołych Świąt!

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzę Wam radosnych przeżyć, rodzinnego ciepła, odpoczynku od codziennych spraw i trosk, cudownych prezentów (zwłaszcza tych książkowych :) oraz wszelkiej pomyślności.
Marie Bell
 

22 grudnia 2013

Książka to nie tylko pasja…

Książka to nie tylko pasja, ale także inspiracja. A mowa oczywiście o przepisach kulinarnych. „120 wypieków” – Emmy Patmore – to coś więcej niż tekst i obraz, to pomysł na pyszny deser, ciasto czy przekąski. Mówi się, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, a ja ośmielę się powiedzieć: Apetyt rośnie w miarę przeglądania stron. I rzeczywiście tak jest. Moje kubki smakowe mogą sobie jedynie wyobrazić ten smak, ale oczy są za to najedzone do syta ;)
W Święta nie będzie mi dane eksperymentować, ale po… jak najbardziej. Zwłaszcza, że na kolację sylwestrową spodziewam się gości. 
I Wam pozwolę nacieszyć oczy ;)  
 
 
 
 
 
Przepraszam za małe zdjecia. Próbowałam powiększyć je, tak jak pierwsze, 
ale przy kolejnych nie pojawia się okienko do skalowania.
Może Wy macie na to sposób?  


 
120 wypieków” – Emma Patmore, str. 256, wyd. Olesiejuk
Cena: 9,99 zł. – Chyba zrobiłam interes życia ;)

11 grudnia 2013

I wciąż ją kocham - Nicholas Sparks

„Co to znaczy naprawdę kogoś kochać?”- Pytanie, które z pewnością wielu sobie stawiało i szukało na nie odpowiedzi. „I wciąż ją kocham” odpowiada na nie. Historia Johna jest najlepszym przykładem na to, jaka powinna być miłość. On sam w końcu zrozumiał to, czym jest i, jak należy z nią postępować – „Tim mi powiedział – i pokazał – że prawdziwa miłość oznacza, że zależy ci na szczęściu drugiego człowieka bardziej niż na własnym, bez względu na to, przed jak bolesnymi wyborami stajesz.” Postać Johna, głównego bohatera, ewoluuje od pierwszych stronic aż po ostatnie. Dzięki temu, że jest on narratorem, odnosimy wrażenie, że zwierza się nam, każdemu z osobna. Przez co jego słowa są nam bliższe. I gdyby nie to, że każda książka ma swój koniec, moglibyśmy dalej wczytywać się w historię jego życia.
fot. weltbild.pl
 
Po przeczytaniu książki czuję niedosyt, może dlatego, że pewne kwestie nie zostały zakończone. I może również dlatego, że nie było happy endu, na który pewnie większość z nas czeka. Bo jeśli mowa o miłości, to oczekujemy spełnionej i szczęśliwej. Nie zawsze jednak tak jest. Założę się jednak, że gdyby ta książka miała inne zakończenie, to byśmy ją uznali za cukierkową i wręcz odrealnioną.
 
Zastanawiam się nad wszystkim i jak zwykle wraca do mnie wspomnienie wspólnie spędzonego czasu. Cofam się pamięcią do chwili, kiedy się to zaczęło, ponieważ wspomnienia to jedyne, co mi pozostało.” – Szczerość z jaką opowiada John jest ujmująca. Ta historia to dowód na to, że miłość należy pielęgnować. Jeśli ktoś uważa, że „I wciąż ją kocham” to kolejne sparksowskie romansidło to myli się i to bardzo. Owszem miłość i uczucia bohaterów to motyw przewodni, ale znajdziemy tutaj rozważania na temat numizmatów, trudnej relacji między ojcem i synem, o autyzmie oraz zespole Aspergera.
 
Książka wzrusza. Po raz kolejny Nicholas Sparks porusza kwestię uczuć, czyli tematykę, która wydaje się być banalna, jednak w sposób niebanalny. Każde strona tej książki zachęca, aby przeczytać kolejną. Doskonały przekaz, historia ubrana w piękne słowa. Należą się również podziękowania tłumaczowi. Gdyby nie on, nie mielibyśmy możliwości zapoznania się z tą wzruszającą historią. Najbardziej utkwiło mi w pamięci, że każdy z nas może zmienić się, swoje poglądy. A sztuka miłości nie jest łatwa, ani tak oczywista, jakby nam się to wydawało. Miłości do otaczających nas ludzi uczymy się przez całe życie. I żeby nie stracić jej, musimy o nią dbać. „I wciąż ją kocham” to pięknie napisana powieść z głębią i przede wszystkim godna polecenia.
 
 
"Kocham Cię, Johnie Tyree, i zamierzam dopilnować
byś wywiązał się z obietnicy, którą mi złożyłeś.
Jeśli wrócisz, wyjdę za Ciebie. Jeśli nie dotrzymasz
słowa, złamiesz mi serce" - str. 183
fot. google
 
Po ukończeniu szkoły średniej  zbuntowany chłopak o imieniu John postanawia zaciągnąć się do armii, żeby nadać swojemu życiu sens. Tam uczy się nie tylko dyscypliny czy pokory, ale także nabiera pewności siebie. Podczas przepustki poznaje Savannah, młodszą o dwa lata studentkę pedagogiki specjalnej oraz wolontariuszkę, która wraz z grupą przyjaciół, w ramach akcji dobroczynnej, buduje domy dla ubogich. Chociaż wspólna relacja Johna i Savannah wydaje się być niemożliwa, rozkwita między obojgiem miłość. John ma świadomość, że jego dwutygodniowy urlop niedługo zakończy tę znajomość, ale Savannah przyrzeka czekać na ukochanego, dopóki nie minie okres jego służby. On uświadamia sobie w końcu, że jeszcze nigdy nikogo tak nie kochał i marzy o założeniu z nią rodziny. Czas jednak nie jest ich sprzymierzeńcem. 11 września zmienia wszystko. Z poczucia obowiązku John przedłuża pobyt w wojsku, co odbije się na jego związku z ukochaną. Trudno winić w tej sytuacji kogokolwiek. Wydawałoby się, że prawdziwa miłość powinna przetrwać, że gdyby Savannah zależało na tej miłości, poczekałaby, ale z drugiej strony, John mógł dotrzymać słowa, tego jednak nie zrobił… I jak już wiadomo ich związek nie wytrzyma próby czasu. Savannah jako pierwsza podjęła decyzję i żegna się z Johnem za pomocą listu. Czy czas wyleczy rany? – Nie sądzę. Czy można zapomnieć, o tym co się czuje? – Raczej nie. I czy tym dwojgu będzie dane jeszcze kiedyś zobaczyć się, być ze sobą? Pozostawiam Was w niepewności, ale pewnie domyślacie się, co może nastąpić.
 
Jeśli czytaliście, jestem ciekawa Waszej opinii :)

 

8 grudnia 2013

Meine kleine Bücherpyramide


Uzbierał się mały stosik z książek. W tym miesiącu pewnie nie zdążę wszystkiego przeczytać, tak niewiele czasu pozostało do świąt, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, ponieważ mam co czytać, więc nie ma szansy na nudę ;)

                             
Mein kleiner Stapel neuer Bücher. Ich glaube, dass ich ihn im Dezember nicht schaffe. Aber, es gibt nichts Schlimmes, was nicht gut ausgehen kann, weil ich was zu lesen habe. Es wäre schlimmer, wenn ich kein Buch hätte. Also, keine Chance für Langeweile ;)   
 
 

6 grudnia 2013

Samotność w sieci

Gdy dzisiaj przeglądam „Samotność w sieci” przypomina mi się czas, kiedy zaczytałam się po raz pierwszy, a było to dość dawno… pewnego listopadowego popołudnia, gdy wracałam na weekend do domu. Książka ta umilała mi całe półtorej godziny drogi. Chociaż czytanie w pociągu ma swoje minusy, (jak i plusy) udało mi się skupić całą moją uwagę na niej.
 
 

I chociaż szczegóły fabuły zatarły się w mojej pamięci, pozostało pierwsze wrażenie. Jest ono pozytywne, mimo tego, co można przeczytać na pierwszych kartach książki: ZE WSZYSTKICH RZECZY WIECZNYCH MIŁOŚĆ TRWA NAJKRÓCEJ… i dalej … „Z rampy przy torze czwartym na peronie jedenastym stacji kolejowej Berlin Lichtenberg skacze pod pociąg najwięcej samobójców. […] 

Samotność w sieci” opowiada historię miłości, miłości niezwykłej bo w dobie Internetu. Sposób, w jaki poznają się ONA i ON, jest niecodzienny i niezwykle odważny. Czy spotkanie tych dwojga byłoby możliwe w innych okolicznościach? Mówi się, że prawdziwa miłość odnajdzie się prędzej czy później, ale czy miłość JEGO i JEJ jest miłością prawdziwą, a może tylko chęcią przeżycia czegoś intensywniejszego, próbą przełamania prozy życia? Gdy czytamy ich korespondencję mailową możemy odnieść wrażenie, że to co ich łączy to pewna nic porozumienia, chęć poznania nieznanego. To zażyłość tak magiczna, że aż nie sposób im jej nie pozazdrościć.
Widziałam również ekranizację „Samotności w sieci” i nie żałuję,  chociaż pewnie część osób by mnie zganiła za to stwierdzenie, uważam, że film jest lepszy niż inne polskie komedie. Na pewno nie jest zły, jest po prostu specyficzny. Odbiór filmu pewnie nie będzie zrozumiały dla każdego, ale czy nie lepiej skusić się na tego rodzaju melodramat aniżeli oglądać mało inteligentne filmy ze słabymi dialogami, w których co drugie słowo, o zgrozo, wymaga przerywnika? Tak – polska kinematografia – nadal raczkuje. Czasem uda się widzowi zobaczyć, jak stawia pierwsze kroki, które wzbudzają podziw, by zaraz kłapnąć z impetem. I bęc! A może to tylko moje odczucie?
 
fot. google

Film mogę polecić za jego specyficzność, za obsadę aktorską (Magdalena Cielecka i Andrzej Chyra), za próbę pokazania emocji. Emocja to nie tylko słowo. To także dotyk, spojrzenie. Taki jest ten film – treściwy – ale inaczej.
Zachęcam Was do zaczytania się w „Samotności…” a może i obejrzenia ekranizacji.
A jakie są Wasze odczucia co do książki i filmu?

23 listopada 2013

Piękna bestia, czyli zbrodnie SS-Aufseherin Irmy Grese

Czy piękno może kojarzyć się z czymś złym? Otóż może! Irma Grese jest przykładem „pięknej bestii” w dosłownym znaczeniu. Jej życie nie pozostawia złudzeń, nie tylko mężczyźni ponosili odpowiedzialność za nazistowskie zbrodnie. W Trzeciej Rzeszy kobiety odegrały znaczącą rolę, nieważne czy były kochankami dygnitarzy, sekretarkami czy funkcjonariuszkami SS. Były,  jeśli nie winne, to przynajmniej współwinne. Wyrażały zgodę na okrucieństwo i bezduszność. Były nie tylko świadkami tortur, upokorzeń i morderstw dokonywanych na niewinnych ludziach, ale co gorsza były zbrodniarkami.


fot. empik.com
Piękna bestia” to studium o młodej, naiwnej dziewczynie, która przeobraziła się w zimną, wyrachowaną kobietę i czerpała satysfakcję z dręczenia kobiet w obozach koncentracyjnych Auschwitz-Birkenau czy Ravensbrück. Trzeba zadać sobie pytanie, co kierowało postępowaniem Grese? W tym wypadku nic nie jest oczywiste. Autor nie odpowiada jednoznacznie na to pytanie, nie chce ferować wyroków ze względu na brak wystarczających informacji. Powodów mogło być wiele: dzieciństwo, niedostateczna wiedza, chęć przeżycia za wszelką cenę, zbyt silny wpływ ideologii, ale czy to usprawiedliwia w jakiś sposób bestialstwo Irmy Grese? Życie Irmy kończy się tak, jak żyła, czyli podle. Gdy doszłam do tego momentu, nasunęła mi się myśl: była wina musi być kara. Ostatnie słowa jakie wypowiedziała Irma przed egzekucją brzmiały: „Szybko, niech to się już skończy.” Niestety kara jaka spotkała Grese nie jest adekwatna do jej czynów. Jej ofiarom odebrano nie tylko wolność, ale i prawo głosu. Szczerze mówiąc, Irma rozczarowała mnie w tych ostatnich chwilach swojego życia. Nie pojawiło się słowo „przepraszam”, chociaż w obliczu holocaustu nie miałoby żadnego znaczenia. Nie próbowała również wytłumaczyć się ze swojego postępowania. Była dumna i przekonana o tym, że ma rację, że wszyscy wokół mylą się.
 
Nie smuć się, jeżeli naprawdę będę miała umrzeć, ponieważ umrę za ojczyznę! Dlatego musisz być tak dumna, jak ja! Wciąż mam nadzieję i nie dam jej sobie odebrać!” – frag. listu Irmy Grese do siostry Helene z 29 listopada 1945 r. / s. 178
 
Warto sięgnąć po książkę Daniela Patricka Brown’a. Dlatego, że nie obiecuje nam gruszki na wierzbie, że jego studium o Grese i innych nazistach prowadzi do konkretnej konkluzji. O nie! Nie znajdziemy tutaj jedynej prawdy czy przyczyn, dla których ci ludzie tak postępowali. Z pewnością jednak zrozumiemy jak ideologia kształtuje nasz charakter, że to co w życiu nas spotyka, wpływa na nas, na nasze zachowanie.
Cały proces powstawania tej książki jest jasny i przemyślany. Autor nie ocenia, ale przybliża sylwetkę kobiety, która idealnie wpasowała się w trybiki machiny nazistowskiej. Zwraca również uwagę na fakt, że także kobieta jest zdolna do szerzenia zła i wyrządzania krzywdy.
W trakcie czytania książki miałam mieszane uczucia, z jednej strony było mi żal tej dziewczyny, której przyszło wychowywać się w tak trudnym czasie, z drugiej natomiast strony nie rozumiałam jej pobudek, wynaturzeń, przyjemności z czyjegoś cierpienia. Opisywane sytuacje w tej książce wzbudzały we mnie złość, odczuwałam wstręt do tych ludzi, do samej Grese. Myślałam: „Jak mogła..?”, „Dlaczego…?” „…i skąd tyle nienawiści w tak młodej osobie?” Trudno o jednoznaczną odpowiedź, kto może to wiedzieć? Tylko ona wiedziała. Jednego jestem pewna, tak jak moneta ma rewers i awers, tak i Grese ma dwa oblicza. A najgorsze z tego, co sobie uświadomiłam to, że zło ma twarz ludzką.
Książkę polecam wszystkim zainteresowanym historią II wojny światowej, holocaustem i tym, którzy nie będą bali się zmierzyć z okrucieństwem, o którym mówi się otwarcie w tej książce. Dla mnie była to niezwykła i trudna lekcja historii.

17 listopada 2013

Do zaczytania jeden krok

Nicholas Sparks – „Na ratunek”, wyd. Albatros, liczba stron: 400 

fot. weltbild.pl

Do zaczytania jeden krok – tak było z tą książką. Przeczytałam ją w ciągu dwóch dni. Wiem, można szybciej, nawet w jeden dzień, ale nie zawsze jest to możliwe. Moja miłość do sparksowej twórczości jest tak silna, że potrafię zaszyć się w moim pokoju na długie godziny, że zapominam o bożym świecie, że chcę więcej. Też macie tak? Zazdroszczę tym, którzy dawkują sobie przyjemność i potrafią czytać dłużej niż tydzień lub dwa.  
 
Po raz kolejny czuję, ze moja potrzeba zaczytania się i wyłączenia od rzeczywistości została zaspokojona. Jak zwykle Sparks spisał się na medal, jak zwykle jego pisane słowa sprawiają mi przyjemność.
Na ratunek” to historia Denise Holton, ale także Taylor’a McAdena. Co tych dwoje łączy? – na pewno ogromny bagaż doświadczeń. Zarówno ona, jak i on nie wierzą już w lepsze jutro, nie wierzą, że będą w stanie zmienić swoje życie. Denise wychowuje samotnie czteroletniego synka, Kyle’a. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że chłopiec cierpi na zaburzenia mowy. Lekarze stawiają różne diagnozy, od autyzmu po dysfunkcję słuchu. Denise zdana na samą siebie, postanawia uczynić życie Kyle’a łatwiejszym. Każdego dnia uczy go mówić. Wieczory natomiast spędza w pracy jako kelnerka. Każdy dzień jest dla niej wyzwaniem, nie potrafi nie myśleć o synku. Pewnego dnia podczas burzy Denise i Kyle ulęgają wypadkowi. Ona w wyniku zderzenia traci przytomność. Gdy przypadkowo odnajduje ją Taylor, okazuje się, że Kyle zniknął. Od tego momentu życie Denise zmienia się diametralnie…
„MIŁOŚĆ MAMI OBIETNICĄ SZCZĘŚCIA, LECZ POTEM CZŁOWIEK ZDERZA SIĘ ZE SMUTNĄ RZECZYWISTOŚCIĄ”Na ratunek, str. 18
Życie zadziwia. W momencie, w którym najmniej się tego spodziewamy, wszystko może obrócić się przeciwko nam. Dla Denise zniknięcie syna jest szokiem. Dla Taylora to codzienność, jest członkiem ochotniczej straży pożarnej – codziennie ratuje ludzi, ich życie, ale czy sam będzie w stanie uratować siebie i pozbyć się demonów z przeszłości?
Na ratunek” to nie tylko sposób na jesienną chandrę, nie tylko ciekawa fabuła, ale także przygoda i emocje, które z pewnością udzielają się nam. Ci, którzy przeczytali chociaż jedną książkę Nicholasa Sparka, nie omieszkają sięgnąć i po tą. Tak jak ja. Więcej zdradzać nie chcę i nie będę. Uważam, że im mniej wiemy, tym lepiej czyta się nam :) A ja Was gorąco zachęcam do sięgnięcia po tą książkę.

 
Miłej (jeszcze) niedzieli,
 
Marie Bell
 

6 listopada 2013

Być kobietą

Sięgając po historie opatrzone napisem „prawdziwe” mam nieodparte wrażenie, że trzymam w ręku skarb. I rzeczywiście tak jest, bo za każdym razem mam do czynienia z niepowtarzalną, jedyną w swoim rodzaju historią. Ktoś by powiedział, to tylko czyjeś wspomnienia, dla mnie to aż wspomnienia, to czyjeś życie.
Ogromne wrażenie zrobiła na mnie książka Samii Shariff – „Za zasłoną strachu”. Ani trochę nie żałuję, że zdecydowałam się ją przeczytać. Sam tytuł sugeruje, że będzie przerażająco i było! Bo czy nie przeraża fakt, że własna rodzina nienawidzi cię, mąż tyranizuje, a we własnym kraju nie możesz czuć się bezpiecznie? Za zasłoną strachu kryje się Samia, kobieta silna i odważna a przede wszystkim świadoma siebie i swojej wartości. W trakcie czytania zastanawiałam się, czy ja potrafiłabym znieść tyle co ona, czy byłabym na tyle odważna, aby wziąć życie we własne ręce. Trudne pytanie, zwłaszcza kiedy jest się kimś innym, żyje się w innym kraju i zostało się wychowanym w innej kulturze.
Historia Samii jest dowodem na to, że kobiety, niezależnie od pochodzenia, wiary, wykształcenia czy kultury, nie muszą godzić się na poniżanie i odbieranie im godności. Przykre jest to, że nadal gdzieś w świecie trzeba walczyć o coś, co jest rzeczą naturalną, oczywistą. Każdy ma prawo do życia, do własnego zdania i nikt nie ma prawa naruszać tej przestrzeni.
W domu rodzinnym Samii jest inaczej. Samia nie wprawiła rodziców w zachwyt swoimi narodzinami, wręcz przeciwnie, narodziny dziewczynki oznaczały karę zesłaną przez Allacha. Od dziecka musi zmagać się z pogardą.
„Odkąd tylko sięgam pamięcią, dźwięczy mi w uszach głos matki, wzdychającej przy każdej okazji: <O dobry Boże, czym ja ci biedna zawiniłam, że pokarałeś mnie córką?>” [str. 11]
Nawet zamążpójście dla tej szesnastoletniej wówczas dziewczynki jest piekielnym doświadczeniem. W atmosferze strachu i przemocy urodziła sześcioro dzieci, których życie miało toczyć się wobec podobnych zasad. Samia podejmuje próbę wyrwania się ze szpon kultury, która odmawia kobietom wszelkich praw, odziera z godności, zabiera wolność i pozbawia tożsamości.
Za zasłoną strachu” mogłabym polecić każdemu, nie tylko osobom, które są ciekawe innych kultur i religii. Ta historia jest trudna, potrzeba czasu, żeby ją „przetrawić”, ale daje nadzieję innym kobietom na lepsze jutro.
„Fakt, że przyniosłam ze sobą na świat płeć żeńską, w rodzinie muzułmańskiej i do tego algierskiej, naznaczył mój los od pierwszych chwil życia. Wiele mnie kosztowało, żeby odzyskać tożsamość i wolność, ale dziś jestem dumna z kobiety, jaką się stałam!” [str. 11]
  
fot.: ceneo.pl


3 listopada 2013

Richard Paul Evans - Stokrotki w sniegu


Czy widział ktoś kiedyś stokrotki w śniegu? Właśnie… Taka jest ta powieść: zaskakująca, przewrotna, wzruszająca. „Stokrotki w śniegu” to książka o przemianie wewnętrznej głównego bohatera, człowieka biznesu, którego stać na wszystko, tylko nie na spontaniczne gesty, ludzki odruch. Pewien incydent jest tylko preludium do nadchodzących zmian:
James Kier spoglądał z niedowierzaniem to na swoje zdjęcie w gazecie, to na nagłówek i zastanawiał się, czy już powinien wybuchnąć śmiechem, czy raczej natychmiast skontaktować się z prawnikiem. […]”
 
Po rzekomej śmierci Jamesa Kier’a wszyscy odetchnęli z ulgą, nikt nie współczuje, nikt nie płacze. Wszyscy mówią wprost, co myślą o słynnym „rekinie” biznesu. A wszystkie te głosy dochodzą do samego zainteresowanego z ogromną siłą. Czy Kier będzie w stanie naprawić zło, które wyrządził napotkanym w swoim życiu ludziom? Czy mimo rozwodu z żoną będzie w stanie opamiętać się i będzie oparciem dla niej w trudnych chwilach? I najważniejsze, czy uzyska przebaczenie?
Uwielbiam Evansa za jego powieści z przesłaniem. Ta książka taka właśnie jest. Nigdy nie jest za późno, aby opamiętać się i zmienić swoje życie. Nigdy nie jest za późno na przebaczenie, na odzyskanie tego, co się straciło: miłości, zaufania, przyjaźni. „Stokrotki w śniegu” można przeczytać jednym tchem. Książka została napisana prostym, lekkim językiem, co przy opisywaniu tak istotnego tematu, wymaga ogromnej zręczności językowej. Powieść ta mogłaby być idealnym prezentem pod choinkę ze względu na czas, w którym rozgrywa się jej akcja. Ta cała oprawa dodaje jej magii.



31 października 2013

Opowieść niewiernej

Do zakupu "Opowieści niewiernej" Magdaleny Witkiewicz skłonił mnie opis i nie powiem, okładka też, bo to przecież ona ma zachęcić czytelnika do przeczytania tej czy innej historii.
 
Na okładce książki przeczytałam: „Czy warto za wszelką cenę dążyć do utrzymania małżeństwa? Małżeństwa, któremu nie można zarzucić nic oprócz tego, że... brak w nim miłości.” Oczywiście, że nie! – pomyślałam… i tak właśnie zaczęła się moja podróż z „niewierną”, której nie żałuję. To naprawdę ciekawa historia, pełna przemyśleń i mądrości. „Niewierna” Ewa zmusza nas poniekąd do refleksji nad istotą małżeństwa. Na początku wydawało mi się, że główna bohaterka pragnie wybielić się w naszych oczach, pokazać, że nie zrobiła niczego złego, że miała prawo do tego, do zdrady. Dopiero później zrozumiałam, że Ewa nie szuka zrozumienia, nie tłumaczy się, ona po prostu opowiada swoją historię. Historię o miłości, której brak w jej małżeństwie, o miłości wręcz wyszarpanej od przelotnego kochanka, o miłości, za którą tak bardzo tęskni, za ciepłem bliskiej osoby.

Ewa jako żona Maćka nie czuła się spełniona, a co najważniejsze nie czuła się szczęśliwa. On jak zawsze myślał racjonalnie – we dwoje łatwiej rozliczać się z urzędem skarbowym. Ona kochała go niezależnie od tego, ile czasu jej poświęcał i jak ją traktował. Dziecko w tym małżeństwie przez długi czas jest tematem tabu. A gdy Ewa zachodzi w ciążę, przez moment wydaje się jej, że wszystko ułoży się, że Maciek przekona się do bycia ojcem. Te przypuszczenia nie trwają długo. Gdy Ewa traci dziecko nie może liczyć na zrozumienie i wsparcie męża. On przecież nie chciał dziecka i nigdy już nie będzie chciał. A budowa domu i związane z nim częste wyjazdy Maćka na weekendy do innego miasta tylko pogarszają sytuację. Ewa zaczyna spotykać się z dawnym przyjacielem oraz szuka pocieszenia u innego znajomego z czasów młodości. Czy ta historia ma jeszcze szansę na happy end?
 
W pewnym sensie ma… czasami po trudnym okresie przychodzi taki dzień, w którym wszystko staje się proste i wiemy już jak dalej potoczy się nasze życie. Rozumiemy, że to co najważniejsze i najcenniejsze jest tuż obok nas, tylko czasami nie potrafimy dostrzec tego szczęścia.
 
Opowieść niewiernej” to opowieść kobiety do kobiet, o relacjach damsko-męskich a także o walce ze sobą i o walce o szczęście. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko ją polecić, bo warto być bogatszym o czyjeś doświadczenia niż o własne. 

7 lat później

Jeszcze nie wiem, że spotkałam prawdziwą miłość. Tę jedyną, autentyczną, płomienną. Tę, która daje ci wszystko, a potem wszystko odbiera. Tę, która rozświetla życie, zanim je zniszczy na zawsze. [7 lat później: s. 191]


Siedem lat później…
…wszystko wygląda inaczej: nie ma już ich, są tylko ONA i ON, dwa różne światy, różne poglądy. Jedyne co ich łączy to DZIECI, Camille i Jeremy.
Sebastian Larabee i Nikki Nikovski to para jakich wiele. On – pragmatyczny i ułożony, lutnik pochodzący z bogatej nowojorskiej rodziny. Ona – obdarzona ogromnym temperamentem modelka, malarka. On szuka przystani, ona żyje chwilą. On zakochuje się od pierwszego wejrzenia, ona pragnie podobać się.
Czy przeciwieństwa przyciągają się? ONI wierzą, że tak. Życie jednak wkrótce zweryfikuje ich decyzje i plany życiowe. Ani ślub ani dzieci nie będą w stanie utrzymać ich związku. Powód okazuje się prozaiczny – niezgodność charakterów. Rodzi się zatem pytanie: kto ponosi winę? Nikki, która boi się, że przestanie być najważniejszą kobietą w jego życiu? A może pragmatyczność i bezkompromisowość Sebastiana?
Camille i Jeremy to owoce ich wielkiej miłości, o której należy mówić w czasie przeszłym, ale… czy są w stanie wymazać wspomnienia? Sebastian opiekuje się córką, a Nikki synem. Oboje prezentują inne podejścia do życia i wychowania ich dzieci, dlatego starają trzymać się od siebie z daleka. Czytając można poczuć to napięcie i nadchodzące niebezpieczeństwo. Gdy Jeremy z dnia na dzień znika, nikt nie wie co się stało i co się jeszcze wydarzy. Byli małżonkowie wzajemnie obwiniają się, ale mają też tego świadomość, że tylko wspólnymi siłami mogą odnaleźć syna.
Guillaume Musso zabiera nas w podróż z Nowego Jorku do Paryża, a potem do niezwykle niebezpiecznego zakątka – do amazońskiej dżungli. Z twarzą pokerzysty odsłania kolejne karty.  Wprowadza w stan niepewności, przez co przeżywamy wszystko to co główni bohaterowie. Rozwiązanie zagadki wydaje się być tak bliskie, a jednak dalekie. Dopiero ostatnie strony tej powieści odkrywają przed nami to, z czym musieli się zmierzyć Sebastian i Nikki. Dlatego też nie bez znaczenia ten romantyczny thriller znalazł się na szczytach list bestsellerów.
Polecam „7 lat później”, zresztą jak każdą inną książkę Guillaume Musso. Przekonajcie się sami, czy Sebastianowi i Nikki uda się odnaleźć syna a zarazem utraconą miłość. I na pewno nie będziecie żałować!
 

 
 

16 września 2013

Richard Paul Evans - Zimowe sny


W listopadzie ukaże się kolejna książka Richarda Paula Evansa. Autor po raz kolejny chce nas oczarować swoim pisarskim kunsztem, w postaci „Zimowych snów”. Sam tytuł sugeruje, że powieść ta będzie niezwykła a sceneria dla wydarzeń wręcz magiczna. Evans zmusza nas poniekąd do postawienia sobie pytań: Czy sny mają jakiekolwiek znaczenie i czy wpływają na nasze życie? „Zimowe sny” to nie tylko książka o snach i ich mocy, ale także historia miłości, czyli przewodni motyw powieści Evansa.
Kto czytał już powieści Richarda Paula Evansa nie powinien się zawieść na tej książce. Mam nadzieje, że moje przypuszczenia potwierdzą się już niedługo.    
 
   NAWET ZŁAMANE SERCE MOŻE POKOCHAĆ NA NOWO
„Życie jest glebą, nasze decyzje i czyny słońcem i deszczem, ale nasionami są nasze sny”.
Joseph nigdy wcześniej nie przywiązywał wagi do snów. Był osobą mocno stąpającą po ziemi – wschodzącą gwiazdą reklamy i dumą ojca, co budziło zazdrość jego starszych braci. Nie przypuszczał, że pewien sen, który od razu zrodził w jego sercu niepokój, okaże się proroczy…
Czy Joseph będzie potrafił wykorzystać swój niecodzienny dar czytania przyszłości?
Czy sny wskażą mu właściwą ścieżkę?
I czy dziewczyna, która skradła mu serce, okaże się godna jego miłości?

 
 
"Zimowe sny" to najnowsza powieść bestsellerowego autora Richarda Paula Evansa - wyjątkowa dla polskiego czytelnika. Autor pisał tę książkę w czasie podróży po Polsce i umieścił w niej wiele polskich wątków. Jest to wzruszająca opowieść o tym, że nawet złamane serce może pokochać na nowo, a sny mają tajemniczą moc i potrafią podsunąć rozwiązanie życiowych dylematów.
[powyższy opis i fot. - znak.com.pl]